9.5.22

Stawiam na dobry sprzęt - oczyszczacz powietrza Roger 2 marki Stadler Form

Stawiam na dobry sprzęt - oczyszczacz powietrza Roger 2 marki Stadler Form

Witaj wiosno, witaj piękna pogodo! Niektórzy z nas mówią też "witaj alergio..". Ten piękny i bujny w przyrodzie czas niestety bywa mocno uciążliwy dla alergików. Najgorzej jeśli nawet w domowym zaciszu nie ma możliwości wytchnienia od uciążliwych objawów. Zimą męczy nas zanieczyszczone od smogu powietrze, a w ciepłe miesiące pyłki nie dają żyć... Świetnym rozwiązaniem na poprawę jakości powierza w domu jest jego oczyszczacz. Dziś chciałabym przedstawić taki sprzęt, czyli oczyszczacz powietrza Roger 2 szwajcarskiej marki Stadler Form.


Oczyszczacz prezentuje się bardzo zgrabnie i elegancko, jego gabaryty nie przytłoczą nawet niewielkiego pomieszczenia. Jest też lekki, wobec czego łatwo daje się przenosić. Zapewni on czyste powietrze w pomieszczeniu o powierzchni do 66 m2 (wymienia wówczas powietrze 3 razy na godzinę).
Roger 2 posiada dwa czujniki, dzięki którym stale monitoruje jakość powietrza i natychmiastowo wykrywa obecność drobnego pyłu, lotnych związków organicznych, pyłków, wirusów i bakterii. 
Nieprzyjemny zapach w domu? Roger 2 poradzi sobie również z tym problemem. Oczyszczacz sygnalizuje pogorszenie jakości powietrza poprzez zmianę koloru na wyświetlaczu (z niebieskiego oznaczającego dobrą jakość powietrza, poprzez pomarańczowy aż do koloru czerwonego, który wskazuje na złą jakość powietrza).



FILTRY

Oczyszczacz posiada filtr wstępny- jest to tekstylny, zmywalny filtr, który łatwo daje się czyścić (można go prać w delikatnym cyklu na zimno). Ma on za zadanie wyłapywanie większych cząsteczek zanieczyszczeń oraz kurzu. 
Sercem oczyszczacza jest Dual Filtr, czyli połączenie filtra HEPA H12 z filtrem węglowym. Filtr HEPA dzięki swojej wydajności usuwa z powietrza pyłki, alergeny, drobny pył, wirusy i bakterie, zaś filtr węglowy adsorbuje gazy i nieprzyjemne zapachy. 
Timer filtra wskazuje na konieczność jego wymiany.


STEROWANIE

Urządzenie posiada dotykowy panel sterowania. Obsługuje się bardzo łatwo i intuicyjnie. Dodatkowo po zainstalowaniu aplikacji Smart Life- Smart Living praca oczyszczacza i kontrola jakości powietrza są możliwe z poziomu telefonu. Z dodatkowych funkcji oczyszczacz posiada timer, który może być przydatny podczas jego użytkowania nocą. A skoro o nocy to warto wspomnieć również o nocnym trybie, który powoduje, że urządzenie pracuje niemal bezgłośnie, a ikony na wyświetlaczu gasną i nie przeszkadzają w spokojnym odpoczynku.

MOJA OPINIA

Oczyszczacz Roger 2 testuję na poddaszu od kilku tygodni, wobec czego udało mi się wypróbować go w różnych warunkach i okolicznościach. Na pochwałę zasługuje jego design- prosty, zgrabny i minimalistyczny. Nie mam problemu z jego przenoszeniem z sypialni do salonu (bo tam użytkuję oczyszczacz). Najczęściej korzystam z trybu automatycznego, który sam dostosowuje wydajność oczyszczania. W  trybie nocnym Roger 2 pracuje bardzo cichutko, na pierwszym biegu również, zaś pozostałe dwa tryby pracy słychać już mocniej. 

Oczyszczacz bardzo dobrze radzi sobie z eliminowaniem nieprzyjemnych zapachów, a po dłuższym użytkowaniu na filtrze wstępnym widać kurz i zebrane zanieczyszczenia, które łatwo można usunąć. Jeśli chodzi o filtrowanie bakterii, wirusów czy cząstek stałych to ufam wynikom przeprowadzonych badań laboratoryjnych (można o nich więcej przeczytać TU). Funkcja łączenia i sterowania poprzez aplikację w telefonie również działa bez zarzutu i pozwala na kontrolę jakości powietrza w czasie rzeczywistym. Uważam, że oczyszczacz powietrza Roger 2 świetnie się spisuje i spełnia swoje zadania wzorowo. Zdecydowanie mogę polecić ten sprzęt każdemu, komu zależy na zdrowym powietrzu w swoim domowym otoczeniu. Takie oczyszczone powietrze powoduje znacznie lepsze samopoczucie, niweluje objawy alergii i zwiększa odporność. Zdecydowanie warto zainteresować się tym tematem, wypróbować oczyszczacz powietrza w swoim otoczeniu i oddychać zdrowszym powietrzem. 


* Artykuł powstał we współpracy z marką Stadler Form: https://www.stadler-form.pl

25.4.22

Stare po nowemu, czyli przeróbka mebli łazienkowych

Stare po nowemu, czyli przeróbka mebli łazienkowych
Łazienka na poddaszu jest malutka, skosy też mocno ograniczają jej ergonomicznie urządzenie, więc trzeba się było nakombinować podczas jej tworzenia. Łatwiej byłoby gdyby wówczas udało nam się zrobić lukarnę i w ten sposób nieco ją powiększyć. Z różnych względów niestety ta opcja została porzucona i trzeba było działać z tym, co mamy.
Tylko jedna ściana nadawała się do tego, aby postawić przy niej umywalkę oraz meble. Kiedy wypatrzyłam w Castoramie meble łazienkowe wymiarami idealnie pasujące do tej właśnie ściany to wiedziałam, że muszę je kupić. Komplet składał się z szafki z umywalką oraz szafki wiszącej typu słupek.  Wówczas miałam fazę na surowy, industrialny styl, więc biała okleina z połyskiem fajnie się wpasowała w "betonowy" charakter całej reszty. Meble pomalutku będą dobijać do 10 lat, ale być może jeszcze są w ofercie Casto. Po kilku latach przyszła zmiana, wolałam cieplejsze kolory, bardziej przytulne i swojskie wnętrza. Meble te więc tymczasowo stały się "drewniane" poprzez ich oklejenie. Tymczasowość wreszcie niedawno minęła i mebelki znów przeszły metamorfozę! Swoją drogą industrialny beton też już zniknął z łazienki ;)


Zacznę od tego, że korpusy zostały oryginalne i po prostu do bocznych ścianek została przyklejona drewniana sklejka, tak aby pasowała do całej reszty. Z frontami nie było tak łatwo. Trzeba je było zrobić od początku. Najpierw kupiliśmy kantówki 60x20 mm, także dostaniecie je w Castoramie. Z listewek tych trzeba było zrobić ramki frontów. Mąż wszystko przyciął ukośnicą na odpowiednie odcinki i skręcił za pomocą wkrętów do drewna. Tutaj przydatne się okazały ściski szybkozaciskowe (w miarę tanio kupicie je np. w Action). Najważniejsze podczas tej pracy było trzymanie się odpowiednich wymiarów tak, aby nowe fronty pasowały do starych korpusów.



Po tej żmudne pracy nastąpiło wycinanie otworów na zawiasy, co okazało się dość problematyczne i czasochłonne. Otwornica nie chciała współpracować. Ostatecznie udało się nawiercić otwory i zamontować zawiasy z poprzednich frontów. Wymiary zgadzają się idealnie, co pozwoliło na bezproblemowy montaż nowych drzwiczek do starego korpusu. 
Podobnie było z szufladami. Należało zamontować poprzednie prowadnice tak aby wszystko grało i domyk działał jak należy. Było z tym trochę zabawy, ale mąż dał radę pomimo, że ze stolarstwem nie ma nic wspólnego.


Na końcu nastąpiło bejcowanie oczywiście w moim ulubionym kolorze dębu rustykalnego oraz montaż plecionki wiedeńskiej. To na szczęście okazało się niezwykle proste. Plecionkę najpierw należy zamoczyć w zimnej wodzie (u mnie ok 30 min). Potem staje się bardziej miękka i elastyczna, dlatego łatwiej z nią pracować. Plecionkę odmierzyliśmy i przycięliśmy na odpowiednie wymiary, a potem została przymocowana takerem do drewnianych ramek frontów drzwiczek i szuflad. Na końcu pomalowałam drewno bezbarwnym matowym lakierem, aby mocniej je zabezpieczyć przed ewentualnym zawilgoceniem.

W ten sposób tanim kosztem, w duchu zero waste powstały całkowicie odmienione meble łazienkowe. Lubię takie zmiany.


W poście tym znajdują się zdjęcia po metamorfozie z opisem wszystkich przeróbek. Stan rzeczy sprzed zmian możecie znaleźć na moim Instagramie: https://www.instagram.com/nasze.poddasze/?hl=pl

3.2.22

Ziołowy Zakątek, czyli o metamorfozie kuchennej ściany

Ziołowy Zakątek, czyli o metamorfozie kuchennej ściany

Z początkiem nowego roku ruszyliśmy z naszego remontowego kopyta i jak już mogliście zauważyć na moim Instagramie w poddaszowej kuchni powstał uroczo i dość poetycko przeze mnie nazwany "Ziołowym Zakątkiem". Tutaj spieszę z małym wyjaśnieniem dla osób, które nie do końca zrozumiały o co chodzi z ziołami i miały rozmaite skojarzenia! Kochani, owe zielsko dotyczy tapety- tak mi się skojarzył ten nadruk i dlatego już w sklepie stwierdziłam, że muszę ją kupić i koniecznie powstanie ten właśnie "Ziołowy Zakątek". Tajemnica nazwy została niniejszym rozwiana.

Ściana z belką w kuchni nie spędzała mi snu z powiek. Prawda jest taka, że mieliśmy dużo pilniejsze prace do wykonania, ale po zakupie tapety i boazerii oboje nie mogliśmy się doczekać efektu końcowego i prace rozpoczęły się z początkiem roku. Całość zajęła nam dwa popołudnia.

Zdecydowaliśmy, że rozpoczniemy od położenia boazerii, a dopiero póżniej tapety i to było naszym zdaniem dobre posunięcie. Boazeria pochodzi z Castoramy, to drewno iglaste, także surowiec naturalny, który można zabejcować, pomalować farbą bądź też zostawić w stanie surowym. Nasze listwy miały długość 3 m, więc trzeba było je przyciąć na pożądaną wysokość boazerii. Do tego celu świetnie się nam sprawdziła pilarka ukosowa. Aby boazeria nie odstawała za bardzo od ściany postawiliśmy na montaż za pomocą kleju (na rynku dostępnych jest mnóstwo uniwersalnych klejów montażowych i budowlanych). Kleiliśmy listewka po listewce, a na koniec zwieńczyliśmy boazerię listwą wykończeniową. W przypadku listwy nie znalazłam jednak drewnianej- takiej, która spełniłaby moje oczekiwania, więc kupiłam listwę wykonaną z MDF (również zaopatrzyłam się w nią w Castoramie).

Po wyschnięciu kleju można się było zabrać za malowanie. Surowa wersja nie bardzo mi pasowała, a po głowie chodziła opcja bejcowania na ciemny kolor, malowania na przygaszoną zieleń albo na biało. Widać która opcja wygrała. Stwierdziłam, że mam już w kuchni sporą ilość ciemnego drewna i dodatkowa połać tego materiału mogłaby przytłoczyć to małe pomieszczenie (poza tym chciałabym wymienić też podłogę i raczej tutaj skuszę się na coś cieplejszego i ciemniejszego, także co za dużo to niezdrowo).  Zielona opcja okazała się póki co zbyt odważna, a biały i bezpieczny kolor zawsze będę mogła w przyszłości zamalować.



Następnie przyszła kolej na tapetę. Wybrałam dość popularny wzór roślinny tapety na flizelinie, którą kupiłam w Leroy Merlin. Jak już wcześniej pisałam nadruk ten skojarzył mi się z ziołami albo zieloną, letnią łąką, więc do mojej wiejskiej kuchni pasuje idealnie. Być może dolne fronty kiedyś przemaluję na szałwiową zieleń... będzie jeszcze bardziej pasować! 

Samo klejenie przebiegało sprawnie i dość szybko, dzięki temu, że nie trzeba było nakładać kleju na tapetę. Wystarczyło posmarowanie klejem ściany. Wzór jest duży i nieskomplikowany, więc pasowanie szło gładko i bezproblemowo. Najwięcej zabawy mieliśmy z docinaniem przy belce i z równiutkim odcięciem przy skosie, ale taki już urok naszego poddasza :)

Potem jeszcze na ścianę wrócił kwietnik z moim ukochanym epipremnum oraz dwie półki, na których trzymam kubki i różne bibeloty (to bambusowe półki na zdjęcia z Ikea, które przyciemniłam nieco ciemniejszym lakierem do drewna). Na końcu na swoje miejsce trafiły listwy przypodłogowe. 

Tak powstał mój "Ziołowy Zakątek", który nadał kuchni większej sielskości i przytulności. Oboje stwierdziliśmy zgodnie, że ta metamorfoza była bardzo dobrym pomysłem. Koszt był stosunkowo niewielki: 1 rolka tapety, kilka drewnianych listew boazeryjnych, listwa wykończeniowa i klej montażowy, a resztę mieliśmy na stanie. Radość z metamorfozy zaś bezcenna.




9.11.21

Śpij dobrze, czyli rzecz o nowym materacu

Śpij dobrze, czyli rzecz o nowym materacu

Dobry i zdrowy sen to często podstawa udanego dnia, bo jak można mieć dobry humor od rana, kiedy budząc się czujemy ból każdego mięśnia? O higienie snu oraz moich ulubionych wieczornych rytuałach pojawi się tutaj osobny wpis, a dziś skupię się na przedstawieniu Wam produktów marki Napsie, które ostatnio testuję.


Marka Napsie posiada 15-letnie doświadczenie w produkcji materacy. Wychodząc na przeciw swoim Klientom oferuje aż 101 nocy na próbę, podczas których można przetestować produkt i zdecydować czy materac zostaje z Wami. Każdy materac jest objęty 10-letnią gwarancją (pokrycie ma 2-letnią gwarancję). Napsie jest również w 100% polskim produktem. Przy zakupie materaca dostawa jest darmowa. 

Materac Napsie cechuje optymalna twardość i nie zapada się nawet podczas zmieniania pozycji snu. Bez względu na masę ciała gwarantuje odpowiednie podparcie i posiada 3 strefy komfortu: w okolicy ramion, bioder oraz kolan. Materac ten składa się z innowacyjnego rdzenia, wykonany z pianki oddychającej, wyposażonej w dodatkowe kanały powietrzne pozwalające odprowadzić nadmiar ciepła, dzięki czemu mniej się pocimy podczas snu. Górna część rdzenia materaca ma falisty kształt, przez co powietrze lewej cyrkuluje, a ciało otrzymuje delikatny masaż. Wierzch materaca jest wykonany z tkaniny hipoalergicznej, pokrowiec jest odpinany i można go wyprać w pralce. Materiały oczywiście są certyfikowane i całkowicie bezpieczne. 



Kołdra Napsie to produkt stworzony z bambusowych włókien wiskozowych, zapewniających dobrą wentylację i nadających jej niesamowitej miękkości oraz puszystości. Olbrzymią zaletą jest możliwość prania aż w 60 stopniach, dzięki czemu pozbywamy się roztoczy, a także ewentualnych plam czy zapachów. Puszystość kołdry pozostaje wciąż taka sama mimo prania w pralce.

Poduszka Napsie jest stworzona z naturalnych włókien drewna eukaliptusowego, nadających jej miękkość, odpowiedni poziom oddychalności, a także odpowiednią higienę, gdyż można ją uprać w pralce w temp. 60 stopni. W ofercie marki znajdziecie również bawełnianą pościel.



Jakie są moje odczucia po testach materaca, kołdry i poduszki od Napsie?

Przede wszystkim muszę przyznać, że to najtwardszy materac jaki testowałam, a wiecie, że trochę ich przerobiłam i zdecydowanie za każdym razem wybieram większą twardość po moich okropnych doświadczeniach z materacami z miękkiej pianki, w które zapadałam się i wstawałam obolała, dowiadując się o istnieniu mięśni, o których wcześniej nie miałam pojęcia! Zdecydowanie odpowiednie podparcie to czynnik, na który należy zwracać uwagę i dopasować go do swoich indywidualnych potrzeb. Dlatego moim zdaniem świetna jest opcja aż 101 dni testu materaca i możliwość jego ewentualnego zwrotu. W sklepie, czy przez internet ciężko stwierdzić czy dany materac nam się sprawdzi, a tutaj bez obaw można go zamówić i dokładnie przetestować. Wielki ukłon w stronę marki za taką możliwość.

Materac Napsie nie przenosi drgań i jest bardzo stabilny podczas zmieniania pozycji snu, gwarantuje takie samo podparcie dla osób o niższej i wyższej wadze. Dzięki temu nie odczuwam drgań kiedy śpiąca obok osoba przekręca się na drugi bok lub wstaje z łóżka. Ważne aspekty to dobra wentylacja oraz higiena utrzymania materaca. Tutaj mogę śmiało odpiąć pokrowiec i wyprać go w pralce, aby zawsze był czysty i świeży. 

Kołdra i poduszka zaskoczyły mnie lekkością i miękkością! Są niesamowicie puszyste, delikatne w dotyku i wykonane z hipoalergicznych włókien. Dodatkowo ekstra rozwiązaniem jest możliwość regulacji grubości poduszki! Po prostu możemy ją odpiąć i zmniejszyć jej grubość, wyciągając tyle wsadu ile potrzebujemy. Kołdra nadaje się na lato i zimę, reguluje poziom wilgoci, przez co mniej się pocimy i nie jest za gorąco. 

Z mojej strony mogę polecić produkty Napsie, tym bardziej, że sami możecie zdecydować czy materac odpowiada Waszym indywidualnym potrzebom. Zdrowy sen i komfort nocnego odpoczynku są niezwykle ważne dla naszego zdrowia i dobrego samopoczucia, warto więc postawić na produkty najwyższej jakości.

*Artykuł powstał we współpracy z marką Napsie

29.10.21

Motywacja, spokój, optymizm. Moje ulubione książki rozwojowe.

Motywacja, spokój, optymizm. Moje ulubione książki rozwojowe.

Książki motywacyjne, rozwojowe, poradniki nigdy nie należały do moich ulubionych. Raczej unikałam ich jak ognia, twierdząc, że to totalne bzdury. Taki bullshit i stek bredni dla desperatów.. Trudno jednak być ekspertem i budować swoją opinię na niewiedzy, dlatego z grymasem na twarzy i uprzedzeniem godnym panny Izabeli do Wokulskiego (cóż za literackie porównanie!) zaczęłam czytać pierwszy z poradników...

Dziś wszem i wobec odwołuję moje wcześniejsze słowa i opinie, niezwykle krzywdzące, płytkie i pogardliwe. Trafiłam na całą masę godnych polecenia książek, które potrafią zmusić do przemyśleń, motywują, uspokajają, uczą i zachęcają do zmian w życiu. Tym razem skupię się na trzech z nich, które stanowią taką moją bazę, do których wracam i które Wam bardzo polecam.


1. DALE CARNAGIE "JAK PRZESTAĆ SIĘ MARTWIĆ I ZACZĄĆ ŻYĆ"

Fantastyczna pozycja dla osób, które tak jak ja wiecznie się zamartwiają, analizują, kombinują i przetwarzają miliony opcji w swojej głowie. Ile razy martwiłam się na zapas! Ile nocy nie przespałam z powodu problemów, które często były totalną błahostką..

Ta książka to rzetelne, poparte przykładami informacje o tym dlaczego nie warto się zamartwiać i jak wrzucić na luz. Jest w niej bardzo wiele wskazówek i podpowiedzi. Po prostu rozjaśnia umysł i niesamowicie pozytywnie wpływa na myślenie. Czyta się ją przyjemnie, jest napisana prostym i zrozumiałym językiem. Uważam, że każdy powinien ją przeczytać.



2. DOMINIKA DWORAK "WRACAJĄC DO SIEBIE"

To mocno refleksyjna książka, pełna cudownych, wspierających zdań, pozwalająca spojrzeć w głąb siebie i zrozumieć istotę swojego myślenia i działania. Motywuje do przemyśleń i dodaje niesamowitej otuchy. Książka składa się z 16 lekcji, dzięki którym doznajemy przebudzenia. Dokładnie tak mogę określić ten stan. Nierzadko są tutaj poruszane trudne i bolesne tematy, które po kolei przepracowujemy i "wracamy do siebie". Dzięki tej właśnie książce zrozumiałam, że szczęście jest tu i teraz, w nas. Wielokrotnie mi piszecie, że kojarzę się Wam ze spokojem, a ja dodam, że ten wewnętrzny spokój znalazłam właśnie dzięki tej książce. Serdecznie Wam polecam.



3. AGNIESZKA MACIĄG "SŁOWA MOCY"

To niesamowicie pozytywna, wręcz otulająca pozycja. Wniosła w moje życie uważność, wdzięczność oraz optymizm. To jedna z tych najważniejszych dla mnie książek, która musiała się znaleźć w tym zestawieniu. Pozwoliła mi skupić się na wielu aspektach życia i znaleźć w każdym z nich jakiś drogowskaz dla siebie. Bardzo przystępnie i ciekawie napisana. Cudowna, mądra, dająca wytchnienie i nadzieję. Pozycja, do której już zawsze będę wracać.



To takie moje top 3 wśród książek motywacyjnych. Każda z nich jest warta uwagi i z każdej wyniosłam dla siebie wiele dobrego. Niejedna osoba stwierdzi, że zawierają "oczywiste oczywistości", ale tych właśnie najmocniej potrzebowałam. Serdecznie je Wam polecam.


21.10.21

Ikea hack, czyli rzecz o przeróbkach słynnej szafki Ivar

Ikea hack, czyli rzecz o przeróbkach słynnej szafki Ivar

Ostatnio uświadomiliście mi na Instagramie, że do tej pory nie pojawił się wpis na temat metamorfozy słynnej, ikeowskiej szafki Ivar. To bardzo wdzięczny mebel, który można dowolnie przerabiać na bardzo różne sposoby. W internecie można znaleźć wiele inspiracji i efektów tych metamorfoz, a ja tutaj szerzej opiszę moje działania w tej materii. Niestety nie mam dokumentacji zdjęciowej z procesu tworzenia, ale podzielę się efektem końcowym.


Oryginalnie szafka Ivar jest wykonana z surowego drewna sosnowego, a jej parametry techniczne możecie zobaczyć TUTAJ. Jakiś czas temu kupiliśmy dwie takie szafki do naszego domowego biura. To było rozwiązanie tymczasowe i choć fajnie się wpasowały i okazały całkiem praktyczne to jednak zdecydowaliśmy się na ich przeróbkę. W ten sposób jedna z szafek została przecięta na pół, a jedna z tych połówek wylądowała w łazience.

Postanowiłam ją przerobić stosując plecionkę wiedeńską- można ją nabyć w różnych sklepach internetowych. Front szafki również musiał zostać zmieniony i w tym wypadku z listewek sosnowych została zrobiona ramka na wymiar (tutaj trzeba było pamiętać o tym, aby zgadzały się wymiary i otwory na zawiasy). Plecionkę przed montażem należy zamoczyć na ok 20 min, wówczas staje się bardziej miękka i plastyczna. Następnie można ją bezproblemowo przytwierdzić do ramki np. zszywaczem tapicerskim. Do szafki zostały dodane stylizowane, drewniane nóżki oraz uchwyt w odcieniu starego złota. Surowe drewno zostało zabejcowane i zyskało kolor dębu, a następnie położyłam bezbarwny, matowy lakier. Celowo przed zrobieniem zdjęć nie opróżniłam zawartości szafki, aby dokładnie było widać, że plecionka nie zasłania w pełni tego, co jest w środku.




Pozostałe 1,5 (!) szafki Ivar skręciliśmy w całość i tym sposobem powstała całkiem spora komoda do sypialni. W tym przypadku do nadania charakteru meblowi użyłam drewnianych listewek ozdobnych, które zostały docięte na wymiar i przyklejone do każdego frontu, tworząc ozdobną ramkę. Kupiłam też okrągłe, drewniane nóżki oraz porcelanowe gałki w stylu retro. Całość została również zabejcowana i polakierowana. Na tle boazerii angielskiej mebel prezentuje się moim zdaniem niezwykle ciekawie.



Bardzo Was zachęcam do takich przeróbek, przynosi to sporą satysfakcję i pomimo tego, że są to meble ze znanej i popularnej sieciówki można je zmienić na swój własny, niepowtarzalny sposób oraz nadać im wyjątkowego stylu i charakteru. 

Copyright © 2016 Nasze Poddasze , Blogger